mares koszalin Wypady Wyprawa do Egiptu M. Czerwone XI 2011
Wyprawa do Egiptu M. Czerwone XI 2011


Oczywiście  nurkujemy też na najsłynniejszym wraku Morza Czerwonego tj SS Thistlegormie z 1941 r spoczywajacym  na piaszczystym koralowym dnie na głębokości około 30 m.  SS Thistlegorm" czyli  „Niebieski oset”  byl jednym z osiemnastu jednostek cargo należących do angielskiej firmy Albyn Line Ltd,   Był to statek parowy o  wyporności  brutto 9009 ton i długość 126,5 m. Wyposażony w trzy niezależne trzycylindrowe silniki o mocy 1850 kM  osiągał max predkości do 10,5 wezła. Zwodowany 9 kwietnia 1940 roku w  angielskiej stoczni w Sunderland.  Przed wojną Thistlegorm odbył trzy rejsy: do USA,  do Argentyny  oraz trzeci  na Antyle skąd  wiózł  beczki z rumem i cukrem. Po wybuchu wojny wyznaczono go do zaopatrywania brytyjskiej armi w Afryce.  Dla zabezpieczenia transportowca przed atakami z powietrza na czas wojny, został wyposażony w dwa działa, które usytuowano na rufie - były to: 4,7-calowe lekkie działko przeciwlotnicze oraz 40-milimetrowe ciężkie działo przeciwlotnicze.  W maju 1941 roku Thistlegorm wypłynał w czwarty rejs z Glasgow w Anglii z 39-cio osobową załogą. Tym razem w lukach przewoził zaopatrzenie dla VIII Brytyjskiej Armii stacjonującej w Egipcie i wschodniej Libii, gdzie trwały wówczas cieżkie walki.

 

Pod pokladem znajdowały sie między innymi miny przeciwczołgowe, karabiny typu "Lee Enfield MK III", motocykle: BSA W-M20, Norton16 oraz Matchless G3L, ciężarówki: Bedford, Morris i Ford, przenośne generatory prądu, części zamienne do samolotów i samochodów wojskowych, leki, opony terenowe oraz gumowe buty. Dodatkowo znajdowały się tam dwa opancerzone lekkie czolgi Universal Carrier MKII, dwie lokomotywy parowe typu Stanier 8F z wagonami węglowymi oraz dwa wagony ze zbiornikami wody w komplecie do przebywania trasy kolejowych na pustyni.  W nocy 5-ego października 1941 roku cztery niemieckie bombowce Heinkel He 111  stacjonujące na Krecie zostały wysłane w misji zaatakowania statku "Queen Mary", który miał transportować oddziały wojsk australijskich.  A w tamtym miejscu  właśnie spokojnie czekał na wejście do oczyszczanego aktualnie z min podwodnych Kanału Sueskiego   SS Thistlegorm.  Bombowce zaatakowały go o godzinie 0:35 w nocy 6 pażdziernika 1941 roku. Było to kompletne zaskoczenie, gdyż strefa należała do najbardziej bezpiecznych w okolicy.

Thistlegorm nie miał szansy na obronę, trafiony dwoma dwutonowymi bombami w luk nr 4, w okolice maszynowni w miejscu gdzie akurat transportowano amunicję. Dwie lokomotywy ustawione w okolicy eksplozji po obu stronach burt zostały niemalże katapultowane w powietrze, pomimo ich ogromnej wagi (126 ton każda) i zatoneły w odleglosci około 30 m od statku, gdzie spoczywają do dzisiaj. Eksplozja spowodowała również zagięcie się cześci pokładu o 180 stopni w stronę dziobu, co doskonale obrazuje ożebrowanie widoczne teraz na wierzchu podczas nurkowania. O 1:30 w nocy Thistlegorm przełamany na dwie cześci raptownie zatonął. Kapitan i większość załogi zostali ocaleni  przez inny okręt znajdujący się w okolicy. Podczas zatonięcia zgineło czterech marynarzy i pięciu żołnierzy obsługujących działa. Jeden z marynarzy - Angus MacLeay - został uznany za bohatera i odznaczono go orderem króla, gdyż uratował życie jednemu z żołnierzy, który został ranny podczas eksplozji. MacLeay w bohaterski sposób wyciągnął rannego żołnierza z płomieni, a następnie ewakuował kolegę poza tonącą jednostkę. (Angus MacLeay zmarł w Anglii w 1991 roku.).  Nurkowanie na SS Thistlegormie  zostawia duże wrażenie. Nurkujemy na nim parę razy, wzdłuż i wszerz.  Pod pokładem została większa część przewożonych ładunków. Spoczywają tam w wiecznym spoczynku motocykle, ciężarówki, leży amunicja widać też gumowe buty.


Oczywiście w naszym morskim safari „nie byliśmy dla przyjemności” i bywało chwilami nielekko. Motorówka tzw „zodiak” nie zabrał w pewnym momencie części nurków i czekali oni  miotani silną falą w wodzie na resztkach powietrza.  Nie odkręcony do pełna zawór butli  z powietrzem nagle na 15 m przestał  „podawać”  powietrze i nurek musiał awaryjnie  łapać oktopus u sąsiada czym wywołał u niego małą panikę. Zdarzyło się też puszczenie małego „pawia” z powodu  chwiejby fal. W innym momencie doświadczony nurek wskakuje do wody zapomniawszy drobiazgu – płetw, które  musiał potem w awaryjnym tempie zakładać pod wodą.  Były  momenty, że  silne prądy morskie stanowiły  spore zagrożenie dla  nurkowań i wielkie doświadczenie instruktorów musiało być postawione w stan wielkiej czujności. Inny nie mniej doświadczony wskoczył do wody z zakręconą butlą i musiał ją  już pod wodą  odkręcać a ,że zrobił to biegle  to otrzymał zaszczytną ksywę - nurek manualny.

Ale zdarzały się i momenty relaksu kiedy to do nurków kąpiących się beztrosko w morzu, ba skaczących do wody z wysokości burt statku zawitały  delfiny. Wywołało to masowe „wrzucanie się” do  wody i co niektórzy szybsi mogli z bliska spotkać się z tymi sympatycznymi ssakami. Przytrafił  się też na lądzie rajd quadami na pustyni do oazy beduinów. O  „atrakcyjności” tej wyprawy lepiej przemilczmy. Ostatni dzień to spacery  po mieście, kupowanie pamiątek i prezentów oczywiście po  targowaniu się w arabskim stylu  gdzie  chusta damska  przy cenie wywoławczej 80 funtów egipskich sprzedana zostaje za 30 tychże funtów. Dla kronikarskiej informacji podajemy, że kurs euro do funta egipskiego w tutejszym Kantorze stanowi 1 do 7,7. No tak czas szybko płynie, 25 listopada po  siedmiu dniach w piątek o 11.00 rano lądujemy z z powrotem na lotnisku  Lecha Wałęsy w Gdańsku. Ilość zanurzeń równała się ilości wynurzeń, więc w komplecie wracamy. No cóż tu mówić o zaletach nurkowania  w ciepłych morzach i spotkaniach z ich florą i fauną jakże inną w porównaniu z naszymi wodami, natomiast nurkowanie na samych wrakach  w tych warunkach jest szczególnie atrakcyjne, bowiem dostarcza  dużo niezapomnianych emocji związanych z ciekawością, wywołuje też  pokorę wobec sił natury, a historia i krążące  legendy  o spoczywających  na dnie statkach, budzą w każdym instynkt poszukiwacza przygód i chyba  są tymi chwilami, dla których warto przelecieć te tysiące kilometrów.



Lech Świerczyński  
Mietek Lusawa